Adopcja to wyzwanie, mniejsze bądź większe ale zawsze wyzwanie. Czasem dom adoptujący wie z czym przyjdzie się zmierzyć, a niekiedy zupełnie nie.
Zibon pojechał 4 tygodnie temu do nowego domu. Nie był u nas długo, bo zaledwie 5 tygodni. Nie sprawiał problemów w hotelu.
W domu stał się natychmiast cieniem nowej pani i absolutnie nie godził się na to, że pani znika mu z oczu. Pan mu w niczym nie przeszkadzał 😉 ale tez nie pomagał – był to był, nie było go to nie było – obojętne. Pani musiała być!
Pani miała świąteczno-noworoczny urlop więc był czas na pracę. By nie popełnić błędów Państwo zaprosili do domu behawiorystkę. Ponieważ byliśmy cały czas w kontakcie i monitorowaliśmy zdalnie sprawę uznaliśmy, że porady owej osoby są przedziwne. Szukaliśmy dalej wsparcia na miejscu ale wobec braku sprawdzonego specjalisty (a sprawdzanie kolejnych magików wydało się być marnowaniem pieniędzy i czasu) zaproponowaliśmy kontakt z panią weterynarz Joanną Iracką, która po rozmowie z opiekunami i zapoznaniu się z filmami pokazującymi co Zibon wyczynia gdy jest sam w domu (bezustanne bieganie od okna do drzwi, ślinienie się, sapanie, skakanie po drzwiach, drapanie dziury w ścianie i wycie) podjęła się konsultacji zdalnej. Nie zawsze jest to możliwe ale w tym przypadku uznała, że będzie w stanie poprawnie zdiagnozować problem i udzielić skutecznych wskazówek i zaordynować odpowiednią farmakologię, by dom zapanował nad frustracja Zibona.
Jesteśmy 4 tygodnie od adopcji i 2,5 tygodnia od konsultacji. Zibon zostawiony w domu radzi sobie jakoś, czasem zawyje nawołując panią by wróciła, czasem coś zniszczy – poducha z kanapy wybuchła, posłanie zostało naruszone (ale jakby wiedział ze jak zniszczy to nie będzie miał na czym spać i powstrzymał się przed zamordowaniem posłania na amen 😉 ). Nie zostaje jeszcze sam przez cały dzień roboczy (docelowo troszkę ponad 7 godz.), w ciągu dnia przychodzi do niego opiekunka ale mamy nadzieje ze uda się to wypracować.
Zibon trafił do rewelacyjnych ludzi, ani przez chwilę nie było żalu i rozkładania rąk – było nastawienie na działanie, a nie utyskiwanie. W pierwszym miesiącu od adopcji ponieśli duże koszty – Zibon to ich pierwszy pies więc musieli zorganizować całe psie zaplecze, złożyć wizyt kilka u weta, bo pojawiło sie zapalenie pęcherza i napletka, a do tego pokryć niemałe koszty konsultacji behawioralnych. W lutym najprawdopodobniej pójdą na grupowe szkolenie.
Adopcja to nie jest dostanie psa za darmo i już fajnie jest. Adopcyjnego psa często trzeba przed adopcją odwiedzić, co u wielu „zainteresowanych” już wzbudza lęk o stan portfela, po psa trzeba pojechać, trzeba go leczyć, szkolić, konsultować behawioralnie i trzeba pogodzić się ze stratami materialnymi a czasem, jak w przypadku Zibona, trzeba zorganizować kogoś kto do psa wpadnie w ciągu dnia.
Mamy ogromną nadzieję, niebezpodstawną bo pani bardzo ciepło o Zibonie mówi, ze dom wytrwa (tfu tfu!) i Zibon w końcu zrozumie ze nie ma się co wkurzać, trzeba czekać na powrót człowieka i tyle.

Facebook